wtorek, 24 września 2019

Przyjaciele - miniaturka Jily

O jedenastej. Tylko tyle jest napisane, ale oczywiście Lily wie od kogo jest ta wiadomość.

To on ustala zasady ich spotkań. Lily nie ma na to odwagi.

Zamyka oczy, przygryza wargę i bierze długi oddech. Chwilę później nie potrafi wytłumaczyć koleżankom, dlaczego jest taka zarumieniona.

- Może powinnaś iść do Skrzydła Szpitalnego? Może jesteś chora?

Może tak.

- Może.


***

James z zaangażowaniem opowiada o ostatnim szlabanie. Historia jest długa i pełna podkolorowanych zdarzeń.

- Zakazany Las? – Pytanie wychodzi z ust Lily z cichym piskiem, gdy uświadamia sobie co usłyszała.

James uśmiecha się ciepło.

- Myślałem, że już tam byłaś.

Nie, nie byłam.

Lily kręci głową w odmownej odpowiedzi, prawie sama w nią wierząc. James tłumaczy, że nie ma się czym martwić, że nie jest tam tak niebezpiecznie, jak mówią. Ale to nie to ją męczy. Wie jak tam jest, spędziła tam dziesiątki godzin.

Syriusz rzuca jej sceptyczne spojrzenie, ale ona nie ma ochoty teraz odpowiadać na jego zaczepkę.

James obejmuje jej ramię, chcąc ją uspokoić tym gestem i całą grupą kierują się do Wielkiej Sali na obiad.

Lily wcale nie czuje się uspokojona. Czuje w głowie nieporządek i dopiero, gdy wypuszcza długi oddech, zdaje sobie sprawę z tego, że wstrzymywała powietrze.

James jest dobry. Doskonały. Znosi jej szaleństwa, wybuchy i zmienne nastroje.

Doskonały.

Niczego nie powinno jej brakować.

Tak, chce z nim spędzić życie. Tak, kocha go.

Ale w ogólnym rozrachunku to nie ma żadnego znaczenia.

- To głupie – mruczy sama do siebie, czym zwraca uwagę kilku osób siedzących obok niej.

James unosi brwi, ale nie komentuje tych słów. To ją irytuje. Wieczny spokój wiecznie idealnego Jamesa. Opanowanego Jamesa. Nie złoszczącego się Jamesa.

Jej oczy błyszczą z gniewu lub żalu. A może jednego i drugiego.

To jest jeszcze głupsze, Lily o tym wie, ale nie potrafi nad tym panować.

Chciałaby się z nim pokłócić. Wpaść w furie, wykrzyczeć kilka słów za dużo, być zgorzkniałą i oburzoną. Ale on nigdy się na nią nie złości.

Nie, nigdy mu tego nie powiedziała. Nigdy mu tego nie powie. Cały czas dusi to w sobie, a to wywołuje jeszcze większy chaos w jej głowie. Gniew, irytacje, rozdrażnienie.

Poczucie winy.

Jej największy przeciwnik. Zabójczy.

***

- W następnym tygodniu jest wypad do Hogsmeade, wiedziałaś?

Czy wiedziała?

Nie.

Czy ją to w ogóle interesowało?

Nie, nieszczególnie.

Lily wzrusza ramionami i rzuca Jamesowi słaby uśmiech, podczas gdy ten zaczyna planować wyjście.

Remus dołącza się z ochotą, wymieniając miejsca, do których powinni iść. Peter mruczy coś o Miodowym Królestwie, ale to stałe miejsce na ich trasie, więc nikt nie jest zaskoczony.

Nawet nie zwracają na niego uwagi.

- A co ty o tym sądzisz? – pyta James, zawsze gotowy, aby wziąć zdanie Lily pod uwagę.
Ale ona nie ma zdania. Jest jej to obojętne.

Znów wzrusza ramionami.

- Jest mi to obojętne. Wasz plan jest dobry.

James uśmiecha się przyjemnie, ciesząc się tą niedużą pochwałą. W swojej prostocie jest urzekający. Tak niewiele mu trzeba.

Lily odwzajemnia uśmiech, myśląc o tym, jak wiele trzeba jej samej.

***

Syriusz jest jej partnerem na eliksirach. Znowu.

Lily jest w nich doskonała, a on ledwo mierny. Profesor zawsze ma nadzieję, że uda jej się go podciągnąć do góry, ale to na nic.

Syriusz nie słucha. Syriusz wie lepiej. Syriusz zrobi po swojemu.

Pracują w ciszy, rzadko wymieniając uwagi. Lily ignoruje głupotę Syriusza, wiedząc co robić, aby mimo jego prób zniszczenia, ich eliksir wyszedł dobrze.

Potrafią ze sobą współpracować, mimo wzajemnej niechęci którą kiedyś dzielili.
Znaczy się, nadal ją dzielą. Ale dyskretniej, rozważniej i inaczej.

Zbliżali się do siebie powoli, bardziej przypadkiem, niż z jakąkolwiek świadomością. A wcale tego nie chcieli.

Lily nie lubiła syriuszowej nadgorliwości, złośliwości i buntu. Jego chęci zabawy kosztem innych i brutalności.

Syriusz nie potrafił wybaczyć Lily, że w przeszłości raniła jego najlepszego przyjaciela, a teraz nie potrafi wybaczyć jej, że James się zmienia.

Lily odpycha ataki, twierdząc, że nie ma z tym nic wspólnego. Ale kłamie, wszyscy o tym wiedzą.

Ma z tym mnóstwo wspólnego. Mało tego, jest po prostu tego powodem.

Ale to nie ma znaczenia, Syriusz nie będzie jej atakował, Lily na to nie pozwoli.


A jednak wypracowali swego rodzaju kompromis, pozwalający im nie mierzyć się wściekłymi spojrzeniami, ilekroć muszą przebywać w swoim towarzystwie.

Poza tym okazało się, że naprawdę sporo ich łączy.

***

Znów się pokłócili. Chociaż to może eufemizm.

Ich głosy słychać było nawet w Pokoju Wspólnym.

Ostatnio robili to często. Wrzeszczeli na siebie.

Lily słucha uważnie, przytakując współczująco, jeżeli trzeba i zaprzeczając gorliwie, gdy James wypowiada oczywistą oczywistość, którą wykrzyczał mu Syriusz w przypływie furii.

Nie lubi, gdy James jest smutny. Jej James bywa szczęśliwy cały czas.

James Syriusza już nie jest taki łatwy. Nic nowego. Wałkowali ten temat tysiące razy w tym roku.

Dokładnie tym roku.

W tym roku wszystko się zmieniło. Lily uległa, zgodziła się na randkę. Z przekory, złośliwości, aby raz na zawsze udowodnić mu, że się myli.

Nie mylił się. Pasowali do siebie doskonale. Spotkanie było wyjątkowe, naprawdę wspaniałe.

Ale Lily wie, że jest dokładnie tak jak mówią. Chcesz się dowiedzieć prawdy o sobie? Pokłóć się z przyjacielem.

Syriusz nie potrafi zrozumieć, dlaczego James raptownie tak niechętnie godzi się na łamanie regulaminu, nocne wyprawy i nieroztropność.

Właściwie rozumie, ale nie godzi się z tym.

Jej James jest na to po prostu zbyt rozważny. Ale ten jego i tak dał się przekonać. Syriuszowi trudno odmówić.

Zawsze ma argument.

***

Lily wpada na Remusa i ten musi podtrzymać jej ramiona, aby nie upadła. Witają się przyjaźnie, mimo, że przyjaźni między nimi nie ma.

Remus jest blady i zmizerniały. Często choruje, często go nie ma i często opuszcza zajęcia.

On wie, przechodzi jej przez myśl po raz kolejny i jest pewna, że się nie myli. On wie, ale ona, także zna jego sekret.

Remis.

Widzi jego spojrzenie i już ma dosyć, Remus nie musi nawet nic mówić.

- Ciekawa ta praca domowa z Transmutacji, prawda?

- Prawda.

- Pewnie już ją skończyłaś, nigdy nie zostawiasz takich spraw na ostatnią chwilę.

Lily przytakuje niewyraźnie i czuje ciepło na policzkach. Odchodzi pod byle pretekstem, nie chcąc przebywać w jego towarzystwie.

Bo on wie.


***

Dzień rzadko bywa tak długi. Bywa wtedy, gdy spotykają się o jedenastej. Zaklęcia są męczące, Obrona Przed Czarną Magią drażniąca, a Historia Magii bardziej monotonna, niż zazwyczaj.
Dzień jest straszny, głosy irytujące a ich układ jest chory. Po prostu chory.

Lily znów zaczyna zbyt szybko oddychać i przeklina się w duchu, próbując przybrać maskę zobojętnienia. Chyba jej się nie udaje. Wie to, bo przyjaciółka po raz kolejny tego dnia rzuca jej zaniepokojone spojrzenie, a to wcale nie pomaga. Nie może dać się teraz wysłać do Skrzydła Szpitalnego. Na jej przypadłość nie ma lekarstwa.

Robi wszystko, aby uspokoić oddech. Nie potrafi.

Ale on potrafi doskonale. Nic go nie rusza. Lily ma ochotę podejść i nim potrząsnąć, aby okazał chociaż jedną emocję.

To na nic.

Siedzi na krześle, rozparty jak zawsze, nie przejmując się światem. Jego rzeczywistość jest inna. Miła, bezproblemowa, spokojna.

To nie jest prawdą. Lily wie ile przeszedł, jak wyglądało jego życie.

Po prostu on potrafi.

***

Peter pyta czy ma ochotę na krówki.

Ma ochotę, zawsze ma.

- Nigdy za wiele – mruczy Peter i wyciąga całą garść z torby, rzucając swój triumfalny uśmiech.
Lily przestaje wykręcać palce i przyjmuje słodycze z wdzięcznością, ciesząc się, że może czymś zająć ręce.

Peter zawsze wypatrzy niespokojną dusze i zawsze ma coś w zanadrzu.

Jest cichy, niepozorny, nienarzucający się, ale zawsze jest. I prawdopodobnie nigdy nie będzie inaczej.

Peter to stałość, oaza spokoju, znak trwałości. Niczym cię nie zaskoczy.


***

Wieczór się zbliża i Lily jest za to wdzięczna. Ten cały dzień to był dramat, a ona nie lubi dramatów.

Lubi stabilizacje i spokój ducha.

Leży na łóżku, trzymając głowę niżej, poza jego krawędzią i czerpie przyjemność z chwili opanowania.

Oczami wodzi po dormitorium, po raz kolejny przyrzekając sobie, ze w końcu posprząta swoje rzeczy. Nie utrzymuje porządku, ale jej współlokatorki też nie.

Całe jej życie to wielki bałagan, ale naprawdę, naprawdę niczego jej nie brakuje.

Jest melancholijna i nostalgiczna, ale zupełnie szczęśliwa.

Delikatny uśmiech rozświetla jej twarz.

Jest doskonale.


Powoli zbliża się ta godzina i Lily niedbale zawiązuje szalik na szyi. Będzie jej zimno tylko przez chwilę, jedną krótką chwilę, bo potem to wszystko nie będzie już miało znaczenia.

Na korytarzy mija grupkę Krukonów i chociaż patrzą na nią z przestrachem, to nie ma ochoty zwracać im uwagi.

Nie powinno ich tutaj być, ale jej też nie, więc nie odważa się na taką hipokryzję.


***

Lily idzie korytarzem i dobrze wie, że ta noc nie skończy się dobrze.
Mimo, że będzie doskonała.

Zaczyna ją od łamania zasad, a to zawsze zwiastuje kłopoty. I nigdy nie idzie w parze z rozsądkiem.

Zwłaszcza jej rozsądkiem.

Przymyka powoli oczy i zmierza trochę na oślep, mając nadzieję, że zdarzy się coś, co pozwoli jej zawrócić.

I nie iść tam.

Bo nie powinna tam iść. Nie może.

Ale chce tam iść i – jak zawsze – wszystko inne wydaję się być nieistotne.

Wychodzi na chłodną noc. Drażniący zapach zimnego powietrza natychmiast powoduje znajomy ciężar w żołądku. Ma wrażenie, że wszystkie jej organy wewnętrzne zawiązują się na supeł, mieszają ze sobą.

Stara się oddychać spokojnie i wolno, ale zamiast tego ledwo panuje nad tchem.

Przemierza szkolne błonia, nie przejmując się tym, że ktoś ją może zobaczyć.

Rzuca okiem na okna zamku, ale nic nie poradzi, jeżeli zostanie zauważona.



Zakazany las. Największy kasztanowiec. Miejsce jej porażki. Stałe miejsce ich spotkań.
- Koniec psot.

Lily słyszy ten szept i po raz kolejny zastanawia się, dlaczego ich spotkania zawsze zaczynają się od tych dwóch słów.


Już teraz, mimo, że dzieli ich jeszcze dobre pięć metrów, oddycha szybciej i doznaje nagłego uczucia gorąca.

Wie, że zaraz do niej podejdzie i będzie tak jak zawsze. Doskonale.


Nie pyta jej o zgodę. Lily i tak mu pozwoli. Zawsze mu pozwala.

Nie bawi się w czułość, romantyczne gesty, ani wrażliwość.

I bardzo dobrze. Bo żadne z nich wcale tego nie chce.

Jego usta są mokre, chciwe i miękkie. Lily czuje mrowienie w palcach i chce czuć je już zawsze. Cofając się do tyłu, mimo natłoku emocji i chaosie w głowie, mimowolnie zwraca uwagę na to, że poprzez cienkie podeszwy trampek, czuje kształt kasztanów. Uwielbia to. Już zawsze kojarzyć jej się będzie z nim. Z tym wszystkim.

Plecami natrafia na twardy pień drzewa i wydaję pomruk satysfakcji, gdy jego ciało dociska się do jej własnego.

Rozkosz, błogość, zaspokojenie, odurzenie.

Lily czuje ręce na swoich plecach, na włosach, wszędzie. Jej nie są gorsze, nie pozostają w tyle. Wędrują po jego ciele, badając tak dobrze znane rejony.

Zaczyna drżeć. Dziwne. To nie jest nic nowego. To nie powinno być nic sensacyjnego.

To nie jest nic, czego by nie znała.

Odrywa się na chwilę, ale on wcale się nie odsuwa. Wymieniają się oddechami.


***

- Muszę już iść. Umówiłem się z Jamesem na trzecim piętrze.

Lily wzdycha ciężko.

- Nie róbcie nic nierozważnego – mruczy po chwili i milknie, gdy zdaje sobie sprawę, jak nieadekwatna jest jej prośba.

Syriusz kręci głową, a po chwili odchodzi powoli, nigdzie się nie śpiesząc.

- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.

Te same słowa. Jak zawsze na koniec.

***

Lily nie śpieszy się z powrotem. I tak jest już po ciszy nocnej. Jeżeli ma mieć kłopoty, to trudno.

Chyba nie ma to znaczenia.

Znaczy się, ma. Ale nie takie wielkie.

Chciałaby, ale nie potrafi się przejąć.

Siada przy konarze, prostując nogi.

Serce nadal bije jej nieregularnie i wie, że potrzebuje jeszcze chwili, aby się uspokoić.

Próbuje zrobić dobrą minę do złej gry, a to jest głupie i bezcelowe, bo i tak nikt nie może jej teraz zobaczyć.

To nawet lepiej. Lepiej być poza widokiem wścibskich spojrzeń. Łatwiej.

Bezwolnie bawi się kasztanem, który leży tuż obok niej. Podrzuca go i łapie i podrzuca coraz wyżej i jej oddech powoli powraca do normy.

Wzdycha głośno, po raz kolejny tego dnia, gdy uświadamia sobie, skąd zna tę uspokajającą ją czynność.

James i jego znicz. Zawsze to robi. Gra, dokazuje, bawi się przedstawieniem. Wychodzi mu to idealnie.

***

To James był jej szczęśliwym zakończeniem. A nawet nie musiała na niego zapracować. Nawet na niego nie zasługiwała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz